Reviews
Recenzja Getting Over It With Bennett Foddy (PC)
Minęło nieco ponad osiem lat, odkąd ostatni raz widziałem Bennetta. I nie, w rzeczywistości nie jestem “over it”. Powód, dla którego wracam, by napisać tę recenzję Getting Over It With Bennett Foddy tuż przed upływem dekady od jej pierwszego wydania na PC, jest prosty: po niezliczonych przyprawiających o mdłości próbach i tysiącach mrożących krew w żyłach łez, udało mi się dokonać tego jednego, nieuchwytnego wyczynu – dotrzeć na szczyt. Cóż, technicznie nie zajęło to ośmiu lat – ale równie dobrze mogło. Wewnętrznie wydaje się to o wiele dłuższe. W pewnym sensie czuję, jakbym nigdy się z tym nie uporał. A jednak jestem tu, by opowiedzieć tę historię, a wraz z nią przesłanie nadziei dla tych, którzy jeszcze nie zdobyli wierzchołka.
Chciałbym powiedzieć, że to przyjemna podróż, albo że to błogosławieństwo w przebraniu – doświadczenie niczym kołdra, które, choć nie przesadnie słodkie w wyrazie, ma w sobie pewien urok. Prawda jest jednak taka, że Getting Over It jest mniej więcej tak urocze i pocieszające jak mokry nóż do chleba. I szczerze mówiąc, to jest nóż; to przeszywające doświadczenie, które uwielbia samą myśl o możliwości wywiercenia dziury w twojej piersi i pokręcenia nią na boki. Mówię to z miłością, bo naprawdę, Getting Over It jest, pomimo wszystkich swoich wad, autentycznie zabawną grą. Nie zawsze działa to w obie strony i nadal jestem przekonany, że Bennett nienawidzi nas bez żadnego powodu, ale nawet z tym wszystkim wciąż oferuje dziwnie przyjemną, szaloną przygodę.
Oczywiście, prawie żałuję, że nie mogę powiedzieć, iż Getting Over It ma ukryte znaczenie, albo że niesie emocjonalne przesłanie jak żelazny krzyż w swojej pięści. Ale gorzka rzeczywistość jest taka, że wbrew powszechnemu przekonaniu, nie ma ona niczego takiego w swoim arsenale. To, z braku lepszego opisu, gra o przepychaniu niekompetentnego głupca na szczyt klifu. To wszystko. I tak, nadal jest uważana za jedną z najbardziej wpływowych gier indie na Steamie wszech czasów. Nie pytajcie dlaczego. Nazwijcie to syndromem sztokholmskim, tak myślę.
Wciąż Nie Jesteśmy “Over It”, Bennett
Jeśli nie znasz Getting Over It, to mogę tylko założyć, że żyłeś pod kamieniem przez niecałą dekadę, albo że postanowiłeś zachować resztki swojego zdrowia psychicznego, by zapobiec drastycznemu wylaniu, jakim byłoby poddanie się tej grze. Cokolwiek by nie było, niemal czuję potrzebę, by cię za to pochwalić. Dziwnie, prawie ci zazdroszczę. Gdybym był tobą, osobiście zamknąłbym tę recenzję i wymazał imię Bennett z pamięci. W tym momencie czuję, że wyświadczyłbym ci przysługę.
Wciąż tu jesteś? Cóż, w takim razie możemy kontynuować.
Getting Over It to prosta gra. Jest tak prosta, że jedyne, co musisz zrobić, aby ją ukończyć, to wspiąć się na zbocze klifu. Ów klif nie jest jednak zwykłym wyzwaniem; to bezlitosna, brutalna formacja pionowa, która frustrująco ma więcej rowków i poszarpanych szczytów niż skała kosmiczna uderzona deską do prasowania. Pomysł jest jednak tak prosty, jak to tylko możliwe: machaj wielkim młotem w tę i z powrotem i stopniowo pchaj niekompetentną szmacianą lalkę w górę zbocza góry. Och, i czy zapomniałem wspomnieć, że musisz zaczynać od zera, jeśli popełnisz jeden mały błąd? Tak – to też jest element gry.
Niemożliwe Wyczyny, Niekompetentny Bohater
Chciałbym myśleć, że Getting Over It to kwintesencja klasycznej gry rage—symbol gatunku, który zarówno kochamy nienawidzić, jak i nie możemy się powstrzymać od powrotu do niego, by podrapać swędzące miejsce. Tak jest i tutaj, pomimo faktu, że Getting Over It jest, szczerze mówiąc, jednym z najbardziej wyciskających pot feats wszech czasów. To jeden z tych rodzajów gier, w które wychodzisz w napadzie wściekłości, a potem wracasz kilka chwil później, by dać jej “jeszcze jedną szansę”. To pozytywnie znienawidzona podróż, której nikt naprawdę nie lubi, ale którą uwielbiamy się dręczyć, choćby po to, by móc rzucić okiem na następny punkt zaczepienia. Mechanika jest tu zbyt prosta, ale, zgodnie z naturą gier rage, proste mechaniki nie oznaczają często klasycznie wybaczającego doświadczenia. Zgodnie z normą, jeden zły ruch lub błędna kalkulacja często prowadzi do łamiącego serce upadku, i tak dalej, i tak dalej. I to dotyczy większości podróży – wspinasz się i spadasz. Znalezienie cierpliwości, by zrobić to wszystko od nowa, to trudna część. Chciałbym powiedzieć, że na szczycie ikonicznego zbocza czeka ogromna nagroda, ale szczerze, nie ma. Nie, to, co czeka cię na szczycie, to wieczne prawa do przechwałek i ta niezwykle ważna okazja, by pokazać swoje ego – cokolwiek to jest warte. Czy to jest tego warte? Ty mi powiedz. Ja nadal chodzę na terapię.
Werdykt
Nikt nigdy nie był “over it”, Bennett. Osiem lat, a ja wciąż nie jestem “over it”, Bennett. A jednak, oto jestem znowu, poddając się tej samej bezmyślnej męce co przedtem, mając nadzieję, że przerwa była wszystkim, czego potrzebowałem, by złamać kod i wspiąć się na ten wyczyn. Nie jestem pewien, co to jest, ani nawet dlaczego tu jestem – ale jestem, i myślę, że to wiele mówi o wielu rzeczach… o mojej miłości do rozczarowania i porażki, będących dwoma z tych rzeczy, tak myślę.
Jeśli nie grałeś wcześniej w Getting Over It, to uznałbym to za ogromny sukces, z którego powinieneś być dumny. Mimo to, jeśli jesteś zainteresowany puszczeniem się przez piekło (i zdarza ci się dzielić niezwykłą miłością do gier rage), to życzę ci pożegnania i powodzenia. Jeśli jednak wolisz zachować kilka włosów na głowie, to osobiście dałbym temu wyczynowi szeroki berth. Podziękujesz mi później.
Recenzja Getting Over It With Bennett Foddy (PC)
A Love-Hate Story
Getting Over It With Bennett Foddy is the sort of games that you click out of in a fit of rage, and then return to a few moments later to give it “one more shot.” It’s a positively hatable journey that nobody really likes, but one that we annoyingly love to torture ourselves with, if only for the sake of being able to take a closer peek at that next anchor point.