Najlepsze
Netflix’s Resident Evil: 5 rzeczy, które rozczarowały graczy
Prawdą jest, że adaptacja Netflix (NFLX ) serii Resident Evil, powszechnie uznawanej za wybitną, spotkała się z mieszaną reakcją recenzentów. Chociaż, być uczciwym, negatywne reakcje były spodziewane od samego początku, ponieważ zagroziły one zniszczeniu serii, która była już znana ze swojego bogatego i udanego dziedzictwa. Przylepianie gałązek do już rozwiniętego drzewa nie spotkało się z entuzjazmem fanów serii survival horror, którzy czuli się zdradzeni i nie wahali się bronić swojego dziedzictwa.
Fakt jest taki, że Resident Evil Netflix nie jest najlepszą adaptacją na świecie. Jeśli cokolwiek, to wręcz przeciwnie – szkodzi ona franczyzie Capcom, dlatego też wielu ludzi zwróciło się do mediów społecznościowych, aby wyrazić swoją frustrację. Co do tego, co przyniesie przyszłość tej moralnie bankrutującej serii, to tylko Bóg wie. Jednak wiemy już kilka rzeczy, które mogłyby pomóc w odkupieniu serii.
5. Nowe Miasto Raccoon, poznaj Edwarda Cullena

Nie wiem, jak wy, ale ja pamiętam Resident Evil jako grę, w której dominowały elementy survival horror, a nie dramat szkolny, na który tak wyraźnie postawiła Netflix w pierwszym sezonie. Prawdą jest, że nie pamiętam, aby w grach były jakieś elementy dramatu szkolnego, chociaż Netflix wyraźnie przegapił tę kwestię, tworząc historię pierwszego sezonu. Jedyną rzeczą, która powstrzymała tę serię przed tym, aby stała się wampirzą wersją Twilight, było pojawienie się klonu Edwarda Cullena w designerskim kurtce Umbrella.
Przyznajmy, żyjemy w czasach, w których dramaty szkolne są bardzo popularne. Problem polega na tym, że Netflix chciał tylko skorzystać z tego trendu, wykorzystując tę samą kartę, zamiast pozostać wiernym korzeniom gier. To był gwoździami do trumny dla fanów serii, którzy byli lojalni od samego początku. Było to również niehonorowe wobec wspaniałej linii czasowej gier, które miały wystarczająco dużo treści, aby stworzyć wyjątkową adaptację telewizyjną. Netflix, z drugiej strony, nie dbał o to dziedzictwo, co było widoczne. I tak, oto nasz sposób na powiedzenie, że… napraw to.
4. “LEEEOOOOOONNNNN!!”

Poza Albertem Weskerem, który, dodajmy, wykonał wyjątkową pracę jako techniczny Umbrella, Netflix’s Resident Evil musiał odsunąć na bok dziewięćdziesiąt procent postaci z dziedzictwa serii. Rozumiemy, oczywiście, że linia czasowa rozgrywa się kilka dekad po oryginale, i nadal pozostaje palące pytanie, dlaczego Wesker dostał szansę, a nie Leon, Chris czy jakakolwiek inna prominentna postać z rosteru.
Aby naprawdę zdobyć serca społeczności graczy, Resident Evil musi wprowadzić cameo jakiegoś rodzaju. Nie ma znaczenia, czy to rozpoznawalna twarz, czy generyczny NPC z Raccoon City – byliśmyby szczęśliwi zobaczyć kogokolwiek z serii, kto przyjdzie w drugim sezonie. Ciekawe, czy nawet Ashley Birkin, o ile tylko fabuła nie przerodzi się w monotonną misję eskortową.
3. Pamiętanie o nieumarłych

Pamiętacie, kiedy Resident Evil było grą o zombie? My tak. W przeciwieństwie do ludzi z Netflix, którzy, szczerze mówiąc, prawdopodobnie nie widzieli nawet jednego zombie przed fazą storyboardingu serii. Fakt, że dwa lub trzy zombie w całym sezonie potrafiły biegać, dał to po prostu poznać. To było mniej więcej wtedy, może około piętnastu minut po pierwszym odcinku, że zrealizowaliśmy, iż Netflix nie trzyma się scenariusza. Jakiekolwiek.
Przyznajmy, że otwierające sceny pierwszego odcinka były niesamowicie obiecujące. Były one jednak krótkotrwałe, dzięki gwałtownej zmianie okresów czasowych. Do czasu, gdy minęło dwadzieścia minut, Resident Evil oficjalnie zgubił drogę, a zombie, pomimo tego, że stanowiły główną część gier, były martwe i pochowane. Dziwne, biorąc pod uwagę, że franczyza została zbudowana na śmierci i ożywionych trupach.
2. Nie… ziewnij…

To nie jest tak, że fabuła w Resident Evil jest zła czy coś. Po prostu jest bardzo powolna, i potrzeba połowy sezonu, aby nawet dotknąć najmniejszych wzgórz, zanim zajmie kolejny odcinek, aby zdecydować, jak przejść przez nie. Nie ma tam żadnego potężnego crescendo na horyzoncie, ani żadnych wstrząsających momentów wplatanych pomiędzy. To po prostu… nudne.
Idzie bez powiedzenia, że drugi sezon musi przyspieszyć tempo, jeśli chce utrzymać swoich widzów. To nie znaczy, że musi być akcja na lewo i prawo, ale powinno budować jakiś poziom napięcia. Bo przyznajmy, pierwszy sezon był wyjątkowo mdły, a oglądanie go było o wiele bardziej nużące niż porywające. I to delikatnie mówiąc.
1. Proszę, nie więcej sekwencji pościgowych

Pierwszy sezon Resident Evil był jak powtarzający się koszmar – monotonny, boleśnie nużący i poza naprawą. To, co nas najbardziej rozgniewało w tej nieskończonej pętli, były sekwencje pościgowe, i to, jak serial wykorzystywał każdą okazję, aby je wstawić. Do końca sezonu, całe osiemdziesiąt procent czasu ekranowego zostało pochłonięte przez powtarzalność.
Wygląda na to, jakoby twórcy serialu stracili swój kreatywny dotyk, gdy tworzyli sposoby na utrzymanie napięcia w całym sezonie. To było boleśnie mdłe i jednowymiarowe, i stało się prawie zbyt przewidywalne do czasu, gdy nadszedł czwarty odcinek. Podstawą było to, że sezon był po prostu absurdalnie długą sekwencją pościgową.
Co sądzicie? Czy zgadzacie się z naszym top 5? Dajcie nam znać na naszych portalach społecznościowych tutaj lub w komentarzach poniżej.











