Recenzje
Recenzja Dreamcore (PC)
Irracjonalny lęk przed byciem w zamkniętej przestrzeni jest prawie tak powszechny jak monofobia – lęk przed byciem samym, co sprawia, że lęk przed koniecznością radzenia sobie z oboma jednocześnie jest gorzkim koszmarem dla wielu ludzi cierpiących na nerwicę. W przypadku Dreamcore, nieлинейnej gry z rodzaju back room, takie koszmary istnieją w ramach przerażającego snu – rodzaju króliczej norki, w której gracze wkraczają w dół spiralę ku wielu splecionym scenariuszom inspirowanym VHS. Psychologiczny horror w swej istocie, gra nie zawiera żadnych przerażających stworzeń lub zagrażających postaci; wręcz przeciwnie, Dreamcore wykorzystuje surową moc “znalezionych nagrań” i ich zdolność do budowania napięcia poprzez inteligentne wykorzystanie liminalnych obrazów i nieprzewidywalnego storytellingu. I to, krótko mówiąc, jest tym, co mnie początkowo przyciągnęło: pomysłem wejścia do groźnych korytarzy Krainy Czarów.
Wchodząc w głąb znieprawionego, a zarazem dziwnie kojącego świata, staje się przed tobą wybór; rozwidlenie drogi staje się jasne, a droga przed tobą zaczyna się, gdy wkraczasz w jedną z wielu, wielu drzwi. Początkowo nie wiesz, gdzie idziesz, czy nawet jaki jest twój cel. Nie, to nie jest ten rodzaj podróży; liniowość jest składnikiem, który przestaje istnieć w obrębie tych czterech ścian. Niezależnie od drogi, którą wybierasz, każde drzwi, które nad tobą wiszą, czynią jasnym od samego początku, że jest więcej do odkrycia; są sekrety, widzisz, a każdy przedmiot zainteresowania, który znajdujesz, tworzy ciekawą więź ze światem wokół ciebie. Pytanie, na które starasz się odpowiedzieć, to którą drogę powinieneś wybrać?
Nie jesteśmy już w Kansas

Jeśli jesteś względnie zaznajomiony z back roomami – serią wydawałoby się niekończących się korytarzy, które wywołują otwarte przestrzenie i pokoje bez struktury, niczym pustki – to Dreamcore nie wyda ci się szczególnie niezwykły. Jak gorączkowy sen sam w sobie, gra nakłania cię do podjęcia monumentalnego celu wkraczania głębiej w ogromną ilość różnych drzwi, z których każde zawiera serię niekonwencjonalnych puzzle’ów, oszałamiających widoków i podstawowego poczucia psychologicznego terroru. Znowu, nie ma potworów do znalezienia w tych ćwiartkach; podróż, którą podejmujesz, nie jest koniecznie znalezieniem czy nawet rozprawieniem się z istotami, lecz raczej znalezieniem siebie, gdy stopniowo przekopujesz się przez serię interesujących lokalizacji w ostatecznej próbie usunięcia zasłony z wyjścia.
Nie ma zbyt wiele miejsca, by Dreamcore opowiedział historię, gdyż jego wewnętrzna fabuła leży głównie w środowisku. Innymi słowy, opiera się na swoich obrazach i braku kontekstu, by zasiał ziarno w twojej głowie. Kto jesteś? Co robisz tutaj? I dlaczego, przede wszystkim, boisz się wkroczyć głębiej w beznadziejne głębie tego gorączkowego snu, gdy nie jesteś w stanie umrzeć? Pytania, lecz z tak małą ilością informacji, by na nie odpowiedzieć, są tym, co kieruje tą narracją. I działa to – pięknie, wręcz.
Do przedmieść

Dreamcore składa się z dwoch back roomów: Dreampools, które obracają się wokół ogromnej i wydawałoby się pustej kolekcji zalanych wodą korytarzy; oraz Eternal Suburbia, która składa się z płaskowyżu przedmiejskich parcel i pustych siedlisk. Pokoje, chociaż nie są połączone w żaden sposób, kształt czy forma, oba zapraszają cię do wejścia w labiryntowy węzeł i wyciągnięcia tajemnic, które tworzą ich odpowiednie światy. Na początku każdego rozdziału znajdujesz się w jakiś sposób uwięziony w wewnętrznej korze snu – ciemnym i odizolowanym korytarzu, który zawiera liminalne przestrzenie, wiele ścieżek i kuszące poczucie niepewności. Cel gry, chociaż nie jest całkowicie namalowany czarno na białym, polega na znalezieniu wyjścia i jego prześledzeniu. I jeśli myślisz, że to brzmi jak łatwo osiągalne osiągnięcie, to powinieneś poważnie przemyśleć swoją decyzję.
Nie ma zbyt wiele, czego musisz ogarnąć w Dreamcore. Chociaż, przynajmniej, jeśli chodzi o zrozumienie sterowania i ogólnych mechanik, to nie jest Dreamcore najmniej wymagający dla palców; wręcz przeciwnie, koncentruje się głównie na tym, byś używał swojej wyobraźni i moralnego kompasu, by nawigować jego przebieg. To labirynt niekonwencjonalnych pomysłów, pełen skrętów i zwrotów, więc naturalnie, nie trzyma twojej ręki ani nie wskazuje ci kierunku. Co więcej, ponieważ nie ma użytecznego systemu wskazówek, by pomóc ci rozgryźć parametry każdego z poziomów, jesteś zasadniczo pozostawiony z opcją przyjęcia podejścia prób i błędów, aż w końcu dojdziesz do prawdopodobnego wniosku. Nie mówiąc już o tym, że te wnioski nie są całkowicie pewne.
Sen w śnie

Łżę, gdybym powiedział, że Dreamcore mnie nie zaskoczył. Z jednej strony, spodziewałem się, że zgubię się w jego zdawałoby się nieskończonym istnieniu, lecz z drugiej strony, nie spodziewałem się, że będę zaskoczony widokiem wielu jego pokoi i cech architektonicznych. Owszem, spędziłem wiele czasu na bezmyślnym szukaniu następnego punktu fabularnego, lecz nierzadko czułem, że krążę w kółko, szukając czegoś, co miało niewiele lub żadnego znaczenia dla samego puzzle’u. Lecz, jak się okazało, to był cel: zgubić się i poddawać wątpliwościom niemal wszystko, aż w końcu dojdę do jakiegoś rodzaju oświecenia. I to Dreamcore uchwycił istotę izolacji i wewnętrznych dylematów w sposób naprawdę godny uwagi.
Jeśli chodzi o audio-wizualne aspekty, Dreamcore udaje się uchwycić estetykę, która, chociaż wciąż tematycznie ziarnista i abstrakcyjna, nawiązuje do złotej ery kaset VHS. To dzięki tej unikalnej graficznej konstrukcji, chociaż domowa i wręcz przytulna, zawsze jest jakiś rodzaj groźby, który nie jest zbyt daleko od bycia surową rzeczywistością. Nie myśl, że to piękne do oglądania, lecz jednocześnie jest coś nieco bardziej sinistra w tym, jak się prezentuje. Chyba, w pewien sposób, to mówi wiele o jego zdolności do zaszczepienia wątpliwości w umyśle jego odbiorców; czułem się bezpiecznie podczas moich podróży, lecz było to zbyt bezpieczne, jakby coś mogło pójść nie tak w każdej chwili. I ten cień wątpliwości wisiał nade mną przez całą podróż, co ciekawe.
Werdykt

Jeśli, jak ja, kwestionujesz własny osąd i rozważasz konsekwencje po twoich działaniach, to prawdopodobnie znajdziesz coś, co zmusi cię do zastanowienia się w tym spontanicznym gorączkowym śnie. Ja sam opuszczając ten świat, zastanawiałem się, czy wybrałem odpowiednią drogę, czy zrobiłem wystarczająco, by uzasadnić szczęśliwe zakończenie. Lecz, z tak małą kontrolą nad sytuacją, nie mogłem powstrzymać się od zadawania sobie pytania, czy zrobiłem cokolwiek dobrze w ogóle. I to było dlatego, że Dreamcore potrafił utrzymać się w moim podświadomym umyśle przez wiele godzin po “ukończeniu” go. Czy mógłbym zrobić coś nieco innego? Czy mógłbym znaleźć alternatywne rozwiązanie dla jednego z jego wielu puzzle’ów? Szczery, nie miałem pojęcia – lecz fakt, że te nierozwiązane tajemnice sprawiły, że chciałem wrócić.
Dreamcore, chociaż minimalistyczny, ma potencjał, by stać się fantastyczną nowelą, która mogłaby rozciągać się na niezliczoną ilość rozdziałów i sequeli. Owszem, jest nieco lekki pod względem grywalności, chociaż udaje mu się przeciwważać brak interakcji gracza zgodnie z jakością projektów poziomów i wątpliwych ustawień. Co więcej, obiecuje użytkownikowi, że jeśli użytkownik jest gotów wrócić w przyszłych aktualizacjach, to zostanie przywitany przez jeszcze więcej pętlów i pejzaży snów. I to jest powodem, dla którego chcę przyznać mu uznanie, gdzie uznanie jest należne. Czy jest to kompletna gra? Może nie. Lecz jeśli jego przyszłość jest tak jasna, jak jego obecna inkarnacja, to mamy wiele, czego możemy się spodziewać w nadchodzących miesiącach.
Recenzja Dreamcore (PC)
Gorączkowy sen, na który warto umrzeć
Dreamcore obala ideę, że każdy psychologiczny horror potrzebuje mnóstwa potworów i bezdenne skoki strachu, by być skutecznym i immersyjnym doświadczeniem, wykorzystując pełnię makabrycznego storytellingu i liminalnych przestrzeni. To gra z niewieloma szczegółami technicznymi, lecz tam, gdzie brakuje jej wizualnej złożoności, z pewnością wynagradza to w spontaniczności.











