Recenzje
Recenzja Project P.I.T.T (PC)
Za Project P.I.T.T’s brutalistyczną wizją i wanną wypełnioną zabawkami kąpielowymi z niskopoligonowymi taśmami przenośnikowymi kryje się irytująco bezwzględny symulator automatyzacji, który doskonale wie, jak dopaść twoje przyciski, a także jak sprawić, że poczujesz się, jakbyś właśnie zmarnował całe popołudnie. Choć początkowo przedstawia się jako dziwaczne doświadczenie z gumowymi kaczuszkami (nie wspominając już o hołdzie dla złotej ery PSX), nie minie długo, zanim zacznie cię poniżać i skieruje na odwrotną trajektorię wprost w otchłań. Mówi ci, że aby dotrzymać obietnicy, musisz nakarmić „The Maw” — rozległą przepaść, która z jakiegoś powodu pochłania jedynie kaczki, które ty sam wydmuchujesz małą maszyną w nudnej i nieco jałowej fabryce.
To powinno być rutynową pracą — wyprodukować kaczki za pomocą korby i wrzucić je do złowrogiej otchłani w pozornie przytłaczającym magazynie. Szczerze mówiąc, przez pierwsze kilka minut wydało się to rutynową operacją. Kaczki radośnie spływały do The Maw, a korba dawała mi swobodę produkcji kolejnych kaczek, aby zaspokoić nienasycony głód. Ale potem The Maw chciało więcej — bo oczywiście tak było. Kaczki już nie wystarczały i musiałem stać się kreatywny, jeśli chciałem budować większe kombinacje. Przepaść podwoiła swój rozmiar, co dało mi prostą misję: zbudować prowizoryczną taśmę przenośnikową, która mogłaby przewozić dodatkowy ładunek, oraz zautomatyzować proces, by móc zająć się ważniejszymi sprawami gdzie indziej, takimi jak anomalie czające się w cieniach fabryki.
Jak już wspomniałem, to powinno być dobrze naoliwioną maszyną, którą budowałem. Za każdy element układanki, który podłączałem do linii magazynowej, głód The Maw zdawał się maleć, dając mi nieco więcej przestrzeni do efektywniejszej pracy. Ale potem stało się: zawalenie, które zostawiło mnie z dziurą w żołądku, żabą w gardle i głową pełną siwych włosów, które musiałem wyrwać z własnej skóry. Jakby chcąc dodatkowo podkopać mnie już po upadku — wszystko, co zbudowałem, zniknęło w mgnieniu oka — pozostawiając mnie patrzącego na wrak, podczas gdy godzinny przeszczep pozbawił mnie nawet odrobiny nektaru do spróbowania — świat legł w ruinę i nie mogłem już karmić The Maw, jedynie podnosić fragmenty zepsutej maszyny i zaczynać od nowa. Oczywiście nie zamierzałem ponownie chować głowy w piasek.

Zanim nadprzyrodzone trzęsienie ziemi zniszczyło większość tego, co spędziłem godziny na budowaniu, miałem pewien nieuporządkowany cel, który potrafił popchnąć mnie przez ciemność. Mając skarbnicę przedmiotów do wytworzenia, ogromną kolekcję kreatywnych narzędzi pomagających mi tworzyć dziwacznie ukształtowane taśmy i systemy automatyczne, oraz wyraźny cel, który miał mnie zajmować, miałem w myślach końcowy cel. Przez krótki moment chciałem aktywnie dążyć do tego ostatecznego punktu kontrolnego. Świat był pełen starych gadżetów, które mogłem wyłuskać, a atmosfera była na tyle niepokojąca, że trzymała mnie w napięciu, gdy przemierzałem ruiny i konstruowałem różne taśmy przenośnikowe. Proces także był na tyle prosty, że nie musiałem odświeżać szczegółów. Wiedziałem dokładnie, co robię i chciałem wypełnić swoje obowiązki jako korporacyjny worek treningowy.

Gdy piekło nie wybuchało na hali fabrycznej, Project P.I.T.T był, szczerze mówiąc, bardzo zabawny w obsłudze. Mimo że często wydawał się niepokojący i bezlitosny, zawsze miał wrażenie, że czekają mnie kolejne niespodzianki do odkrycia w gruzach moich poprzednich konstrukcji. Jeśli, powiedzmy, świat nie byłby w ruinie i nie rozpadłby się na zawsze, to wypluwałby nowe wyzwania, które mogłem podjąć. Gdy nie miałem nowej maszyny automatyzacji, miałem anomalie, którymi musiałem się zająć, tysiące kaczek wymagających sprzątania oraz przygnębiające poczucie, że coś ciągle jest nie tak.
Choć Project P.I.T.T może wydawać się przytłaczającym rozczarowaniem nawet w najlepszych momentach, ma w sobie pewne solidne podstawy. Przyznajmy, że jego nienaturalny nawyk rozbijania twojej pracy jest uciążliwy, podobnie jak kilka technicznych wad, które niestety zachowuje. Mimo to jest to chaotycznie rozrywkowa przygoda, która doskonale wpisuje się w brutalistyczny styl PSX. Dzięki delikatnym detalom i dobrze doprawionej dawce niskopoligonowej dziwności, tworzy unikalną grę, która może wprawić w ruch tryby w twojej głowie. Oczywiście, tak długo, aż uderzy cię w głowę i zniszczy wszystko, na czym ci zależy. Ale to wszystko jest częścią tej wyprawy. Szkoda tylko, że nie jest, wiesz, zabawna.

Ponieważ nie ma wiele do picia w Project P.I.T.T, może być dość trudne wytrwać aż do gorzkiego końca. Biorąc pod uwagę, że twoim celem jest karmienie The Maw i budowanie konstrukcji, które pomogą ci w obciążeniu pracą, zaskakująco łatwo stracić z oczu korzyści i wpaść w pułapkę powtarzania tych samych błędów w kółko. Czasami to coś, co możesz zbagatelizować. Jednak irytująco, jest to także cierń w boczku, który, podobnie jak praca w magazynie, ma swoją sprawiedliwą ilość wad. Spojrzyj poza przerwy w pracy, a możesz po prostu cieszyć się karmieniem gumowymi kaczuszkami w otchłań.
Werdykt

Project P.I.T.T oszukuje, prowadząc cię ścieżką oplecioną gumowymi pierwiosnkami z zamiarem zaspokojenia nienasyconego głodu, który, irytująco, nie może zostać spełniony, niezależnie od tego, ile zabawek kąpielowych wcisniesz mu w gardło lub ile razy odbudujesz ten sam system automatyczny. Faktem jest, że choć nagradza cię za wysiłek, to lubi zniżać twoje szanse zaraz po tym, jak znajdziesz rytm. To jest nużące w tym wypadku, ponieważ proces karmienia The Maw może być zaskakująco przyjemny. Niestety to konsekwencje przytłaczają zabawę. Bo przyznajmy, nikt nie lubi patrzeć, jak jego dzieła wybuchają bez powodu. Project P.I.T.T, jednak kąpie się w rosnącej frustracji i nie ukrywa tego.
Podsumowując wszystko powyższe, Project P.I.T.T to dobra gra, która zaskakująco dobrze łączy automatyzację z nadprzyrodzoną rozgrywką inspirowaną PSX. Przyznaję, że to koszmar do przetrwania, ale warto poświęcić czas, aby ją przeżyć, choćby dla krótkich chwil radości, które daje przeszczep. Po prostu nie oczekuj, że The Maw będzie łatwym gościem przy kolacji.