Recenzje
Moo Who? Recenzja (PC)
Moo Who? stanowi platformę dla tradycyjnego polowania na rekwizyty, z dziobem, piórami i mikrofonem, który pozwala wszechstronnym „aktorom” wyrazić wewnętrzne kurczaczki. Wobec lufy strzelby i nadmiernie podejrzliwego rolnika, SAT Productions stara się odtworzyć ptasi śpiew, nie tyle jako przelotny chór skrzydlatych aniołów, ale z nieświadomymi aktorami głosowymi z listy Z, którzy wierzą że potrafią utrzymać nutę, ale często mają problem spełnić obietnicę przywołania szczekania pasującego do gryzienia.
Jeśli uważasz, że gra taka jak Moo Who? brzmi jak puenta kiepskiego żartu, to dlatego, że tak jest. Otóż cała koncepcja jest tak absurdalna, jak ją myślisz: grupa ludzi wchodzi na farmę, naśladuje dźwięki wybranej przez siebie gatunki i unika zagrożenia pociskiem, podczas gdy inny gracz szuka swojego sobowtóra przy pomocy strzelby. W efekcie masz głupią ideę, która po przeanalizowaniu tworzy dziwnie zabawną grę, poważną jak krowa w trzyczęściowym smokingie. Jest bezsensowna, nielogiczna, a jednak w towarzystwie przyjaciół dostarcza mnóstwo zabawy, w co wierz lub nie.

Powiem to: Moo Who? jest, mimo przeciwności, powiewem świeżego powietrza. Nie chodzi o to, że jest genialną grą, ani nawet że rewolucjonizuje dziedzinę PvP. Myślę, że jeśli ma cokolwiek, to jest przyjemnym widokiem dla zmęczonych oczu — koncepcją, która nie powinna działać, a jednak działa z niewłaściwych powodów. Biorąc pod uwagę, że przetrwaliśmy setki tanich pomysłów na szybki zysk, które często wpadały w pułapkę tzw. shovelware, miło jest natrafić na asymetryczną grę wieloosobową, która odważyła się zrobić coś nieco inaczej. A mówiąc inaczej, mam na myśli, że gracze naśladują odgłosy kurczaków przy użyciu własnych mikrofonów. Znów, nie powinno działać, ale działa — i nie wiem, czy ją kocham, czy nienawidzę.
Aby podkreślić, Moo Who? snuje prostą opowieść, która przypomina bardzo grę wieloosobową opartą na polowaniu gra wieloosobowa oparta na polowaniu. Jako jedno z nielicznych zwierząt gospodarskich, masz zadanie przemierzać podwórko, naśladować wybrane zwierzę i wtopić się w otoczenie, podczas gdy inny gracz aktywnie cię poszukuje. Jeśli łowca odszyfruje twoje koszmarne umiejętności aktorskie, szanse przechodzą na jego stronę. Jedyną nadzieją jest to, że łowca ma ograniczoną liczbę nabojów. Jeśli np. skieruje lufę na niewłaściwe zwierzę i pociągnie za spust, wtedy mógłbyś, teoretycznie, odsunąć się z ostatnim miejscem na podium. Prawdopodobnie jednak tak się nie stanie. Bo przyznajmy, kto naprawdę potrafi odtworzyć kurczaka?

Jeśli nie kwikasz, muczysz ani nie jęczysz w Moo Who?, to aktywnie przemierzasz podwórko, wtapiasz się w rekwizyty i dziobasz przedmioty, starając się wyglądać na odpowiedniego. Jako łowca, twoim zadaniem jest znaleźć igłę w stogu siana, wycelować broń i oddzielić słabe od słabej jakości — imitatorów od bydła. I jeszcze raz podkreślę — to jest gra. Rzecz w tym, że jest także zaskakująco dobra. Otóż, choć zwierzęta są rzadkością, a polecenia mocno ograniczone pod względem zasięgu i złożoności, sam proces jest niezwykle zabawny. Biorąc pod uwagę, że większość wyzwania polega na wyrażaniu wewnętrznej krowy i słuchaniu okropnych komentarzy, Moo Who? może być głupio zabawny, szczególnie w towarzystwie przyjaciół o podobnym poczuciu humoru.
Nigdy się tego nie spodziewałem, ale jak się okazało, Moo Who? dało mi więcej powodów do niepokoju niż mogłem sobie wyobrazić. Jeśli nie starałem się desperacko naśladować kurczaka, to odważnie stąpałem po podwórku, starając się pozostać perfekcyjnie i głupio czujny, podczas gdy licznik odliczał w tempie ślimaka. Między śmianiem się z własnej mediokryzacji a poceniem się przy widoku strzelby, znalazłem się, śmiejąc się z całej tej głupoty. Nigdy nie miało to dużego sensu, jednak często uruchamiałem kolejną rundę, by spróbować w innym kurniku lub wypędzić kolejną grupę much. Powiedzmy, że jeśli nie mogłem być kurczakiem, mogłem być znacznie lepszą świnią. Uwaga na spoiler: nigdy nie byłem bliski zastąpienia Troy’a Bakera. Mimo to, wróciłem z powrotem, co coś znaczy.

Podobnie jak w przypadku większości niszowych gier tego typu, Moo Who? błyszczy najjaśniej w towarzystwie przyjaciół o podobnym myśleniu. Jeśli brakuje ci szalonego, wiejskiego podejścia, szczerze mówiąc, będzie ci trudniej się cieszyć. Ale przyznajmy — potrzebujesz poczucia humoru, aby wydać pieniądze na grę, która dosłownie polega na naśladowaniu zwierząt gospodarskich. Chodzi o to, że wiesz, na co się piszesz w takiej grze, a Moo Who? nie zmusza do przesadnego reklamowania siebie ani nie wprowadza w błąd, że jest czymś innym niż w rzeczywistości. To głupie — i mówię to w najlepszym możliwym sensie.
Realistycznie, lepiej podejść do gry takiej jak Moo Who? z przymrużeniem oka i oczywiście z otwartym umysłem, który docenia gadżety i podstawowe elementy rozgrywki. Moo Who? nie jest doskonałą grą, ani też nie ma siły czy możliwości przewyższyć swoich krewnych. Jednak jest, bardzo rozrywkową grą, która jest tak głupia, jak jednocześnie dziwnie konkurencyjna. Jeśli to przemawia do ciebie na poziomie osobistym, prawdopodobnie polubisz rozmawiać w tym idiotycznym języku miłości.
Werdykt

Moo Who? odnajduje własny, śmiesznie kiepski język miłości, aby przekazać masom idiotyczne przesłanie, głównie w celu rozświetlenia pozytywnego spojrzenia, które może rezonować z docelową demografią. Kładzie nas w miejscu i podaje nam własną mantrę: nawet gdy myślisz, że już wszystko widziałeś, wciąż istnieje kolejna igła w stogu siana, która może cię zaskoczyć. Okazuje się, że ta igła ma kształt krowy, mikrofonu i strzelby. Naprawdę, nigdy bym tego nie przypuszczał, ale jak się okazuje, ten absurdalny koktajl dziwactw wypalił całkiem nieźle. Czy to najlepsze, co wydarzyło się od Meccha Chameleon? Nie — ale i tak służy jako godny nośnik.
Jeśli możesz podejść do Moo Who? z niskimi oczekiwaniami, możesz odkryć, że znajdujesz się w obecności irytująco zaraźliwej asymetrycznej gry. Nie myśl o niej dłużej. Czy jest genialna? Nie. Czy jest czymś, co wywoła uśmiech? Tak. To właśnie za to płacisz.